O książkach

“Szamanka od umarlaków” – Martyna Raduchowska

 

Tytuł: „Szamanka od umarlaków”
Autor: Martyna Raduchowska
Liczba stron: 416

 

 W ostatnich tygodniach błądzę między książkami, które poruszają tematy z pogranicza życia i śmierci. Upiornie się przez to czuje, ale jak już człowiek zacznie to wsiąka bezpowrotnie. Po ostatniej lekturze, szukałam czegoś innego, żeby ożywić trochę mój spis “przeczytanych”, który od kilku pozycji wygląda tak:

  • “Tajemnica diabelskiego kręgu.”
  • “Tajemnica nawiedzonego lasu.”
  • “Ja, diablica.”
  • “Ja, anielica.”
  • “Ja, potępiona.”

Bezskutecznie. Przeglądając półki Legimi od razu wpadła mi w oko okładka tej książki. Do tego ten uroczy tytuł idealnie pasował do poprzednich. Musiałam porzucić nadzieje na przeczytanie czegoś zwyczajnego i zaczęłam Szamankę. Od pierwszych stron wiedziałam, że chcę czytać ją jak najdłużej. Nietrudno było delektować się treścią, którą chłonęło się błyskawicznie, dzięki swobodnej składni. Nim się zorientowałam zniknęłam w świecie Idy i jej pecha.

Bohaterka uznawana jest za czarną owcę w rodzinie Brzezińskich. Nie dość, że nie posiada upragnionych przez jej rodziców mocy, to dodatkowo nie przejawia chęci podporządkowania się ich planom. Pragnie jedynie zwyczajnego życia. Jednak jak na dziewczynę z pechem przystało od zrealizowania swych marzeń dzieli ją jeden element – widzi duchy. Pomimo tego nie zamierza się poddawać i rozpoczyna studia, na których nawiązuje pierwsze znajomości i próbuje odciąć się od świata magii. Z marnym skutkiem, jak się niebawem okazuje. Dar upomina się o swoje, przyciągając coraz to nowe dusze. Na pomoc Idzie przychodzi jej ciotka Tekla, a dziewczyna niechętnie przystaje na jej propozycję. Po krótkim wywiadzie okazuję się, że osiemnastolatka nie jest zwykłym medium. Krewna wyjaśnia jej jakimi umiejętnościami dysponuje i określa ją mianem Szamanki od umarlaków, która oscyluje swymi zdolnościami między medium, a Banshee.

 

Banshee (ang. [ˈbænʃiː], z irl. bean-sidhe, w nowoirlandzkim bean sí [bʲæn ˈʃiː], „kobieta z kurhanu”) – w mitologii irlandzkiej zjawa w kobiecej postaci, najczęściej zwiastująca śmierć w rodzinie.

 

W książce Martyny Raduchowskiej główna bohaterka, zgodnie z definicją, przepowiada śmierć, lecz nie tylko w obrębie rodziny.

Więcej dowiecie się, gdy sięgniecie po tę pozycję. Nakreśliłam fabułę z pierwszych stron powieści, sama nie lubię gdy z opisów dowiaduję się więcej niż to konieczne. Kluczowym elementem w całej książce jest mistrzowska kreacja postaci. Każdy bohater został obdarzony wyrazistym charakterem, a dialogi i styl używany przez autorkę jest błyskotliwy i oryginalny. Najbardziej przypadła mi do gustu osobowość Tekli, która zaprezentowała się jako osobliwa ciotka z tendencją do zrzędzenia. Dopełnieniem tej uroczej postaci był niepospolity dialekt, jakim się posługiwała.

 

– A co ja jestem, banshee? – Ida z wrażenia rozlała wino. – Może jeszcze mam przywdziać prześcieradło, snuć się po ulicach, lamentować i pochlipywać?

-Niech tego lepiej nie robi, już wystarczająco głupio wygląda, kiedy jest pijana – powiedziała kąśliwie Tekla. A co do banshee, to cóż…Można tak powiedzieć. Tylko niech nie przyznaje się do tego głośno, bo nikt nie będzie chciał z nią rozmawiać.

 

Spotkałam się z opiniami wręcz skrajnymi na temat “Szamanki od umarlaków”, ale nie powinno mnie to dziwić, w końcu historie oparte na paranormalnych elementach nie każdemu będą odpowiadać. Mnie, jako fance takich motywów, ciężko było się do czegokolwiek przyczepić. Nie skłamię, gdy napiszę, że opowieść zahipnotyzowała mnie od pierwszych stron i czuję w kościach, że długo o niej nie zapomnę.

 

MOJA OCENA: 9/10

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *